R. Pyffel: Czy będziemy mieli „pacyficznego” papieża? Trzymam kciuki za kardynała Luisa Antonio Tagle z Filipin

W ostatnich latach daję się zaobserwować w Polsce zanik zainteresowania sprawami międzynarodowymi. Koncentrujemy się wyłącznie na sprawach lokalnych, trudnych relacjach z Rosją (Smoleńsk), a od czasu do czasu na polityce europejskiej (patrz wysokość dotacji z UE). Tymczasem centrum współczesnego świata przesunęło się już w stronę Pacyfiku, a tendencja ta, będzie się prawdopodobnie pogłębiać. Jak zareaguję na tą, niezauważaną dotychczas w Polsce, a dokonującej się na naszych oczach zmianie zachodzącą we współczesnym świecie Kościół katolicki? Czy po pierwszym, koncentrującym się na Pacyfiku, „pacyficznym” prezydencie USA, Barracku Obamie, będziemy mieli pierwszego „pacyficznego” papieża z USA, Kanady, Filipin lub innego kraju azjatyckiego? Czy tak jak kiedyś papieżem został – bynajmniej nie będący faworytem - Słowianin z bloku komunistycznego, tak dziś zostanie nim kardynał z któregoś z krajów Pacyfiku, a więc nowego światowego centrum?

Wśród fali spekulacji jakie pojawiają się w polskich i zachodnich mediach, często dopuszcza się możliwość wyboru jednego z kardynałów afrykańskich, co podobno uprawdopodobniają przepowiednie Nostrodamusa. Wśród kandydatów, pojawia się jednak spora grupa kardynałów ze świata pacyficznego. Mam na myśli przede wszystkim franko-kanadyjskiego kardynała Marca Ouelleta, ale także biskupa Nowego Jorku Timothy Dolana, australijskiego kardynała George’a Pella, oraz pochodzącego z Filipin kardynała Luisa Antonio Tagle.



Przeanalizujmy zatem konsekwencję wyboru pacyficznego papieża dla Azji i dla Polski.

Amerykanin na Piotrowym Tronie

Gdyby kolejnym papieżem został Timothy Dolan, decyzja ta z pewnością nie zostałaby odebrana z wielkim entuzjazmem w Pekinie.

Papież Amerykanin, traktowany byłby jako reprezentant światowego hegemona, z którymi Chiny zaczynają toczyć dyskretną rywalizację. W tym kontekście wszelkie jego wysiłki na rzecz zbliżenia Watykanu i Pekinu, odbierane byłyby nieufnie, a krytyka pod adresem chińskich władz usprawiedliwiana realizacją interesów amerykańskich, dokładnie tak samo jak krytyka Chin za łamanie praw człowieka, która przez chińskie władze nie jest traktowana poważnie i jest uważana za element politycznej presji Ameryki ( i Zachodu).

Nie wiadomo także czy papież Amerykanin, byłby w stanie wyczuwać niuanse azjatyckiej duszy, wszak zrozumienie innych kultur, co pokazały wydarzenia ostatnich dekad nie są raczej mocną stroną Ameryki. Gdyby przenieść żarliwość Georga Busha jr w krzewieniu demokracji i praw człowieka, na papieża Amerykanina, katastrofa do jakiej doszło w Iraku i w Afganistanie, mogłaby być jeszcze większa.

W innych krajach Azji, papież Amerykanin, też nie miałby łatwo. Bynajmniej nie dlatego że Ameryka nie jest tam ceniona i nie cieszy się sympatią. Wręcz przeciwnie. Jest ceniona za swoje cywilizacyjne osiągnięcia, a amerykańska kultura popularna jest powszechnie znana. Swego czasu, gdy studiując w Azji, dorabiałem ucząc angielskiego, wielu moich azjatyckich uczniów było przekonanych ze Jezus Chrystus był Amerykaninem. A zatem papież pochodzący z tego kraju, miałby poważny problem. Szybko mógłby stać się częścią amerykańskiej popkultury, na równi z Hollywood, Starbucksem i Mcdonaldem. Jego wystąpienia mogłyby przyciągać tłumy Japończyków, Koreańczyków czy Tajów, a gadżety z jego podobizną, pewnie biłyby rekordy popularności. Tyle że nie ma gwarancji na to, że jego ewangeliczny przekaz, docierałby do spragnionych amerykańskiego widowiska słuchaczy.

Podobne zjawisko mogłoby wystąpić także w Polsce, gdzie podziw Ameryki, jest już znacznie mniej powszechny niż 10 lat temu, ale na fali Ojca Świętego Made in USA mógłby odżyć. To przynajmniej na lata pontyfikatu papieża Amerykanina zamknie Polskę i nasze myślenie o świecie w XX-wiecznym paradygmacie dominacji Zachodu, która we współczesnym świecie nie jest już tak oczywista.

Kardynał z kraju Klonowego Liścia w Watykanie, a może z antypodów?

Największą niewiadomą byłby wybór jednego z faworytów Kanadyjczyka Marca Oulleta lub Australijczyka Georga Pella.

W przeciwieństwie do papieża z największego mocarstwa świata, papież z Kanady lub Australii nie budziłby tyle kontrowersji politycznych ( Oba kraje są powszechnie szanowane, jako mające osiągnięcia, a przy tym pozbawione ambicji USA do porządkowania świata na swoją modłę), ale też- oto pułapki społeczeństwa medialno-cyfrowego- z podobnym powodów nie budziliby zapewne wielkich emocji, czy wielkiego zainteresowania. Wiele zależałoby w tym wypadku od osobowości nowego papieża i od tego w jaki sposób sprawowałby swoją posługę.

W Polsce wybór papieża Kanadyjczyka, lub Australijczyka prawdopodobnie w żaden sposób nie zmieniłby niezmiennej od lat 80tych pro-zachodniej perspektywy. Nie pochodziłby on co prawda z Europy, ale ze świata zachodniego.

Azjata na Piotrowym Tronie

Czarnym koniem rozpoczynającego się konklawe, może okazać się arcybiskup Manili, Luis Antonio Tagle.

Jak mawiają katolicy, wybór papieża to nie sprawa ludzka i nie ludzkie argumenty mogą tu decydować. Ale tych argumentów arcybiskup Manili ma bardzo dużo. Jest młody, co po rezygnacji Benedykta XVI może mieć znaczenie, do tego świetnie mówi po angielsku, który w jego rodzimych Filipinach jest jednym z języków urzędowych. Bardzo dobrze wypada w mediach, rozumie i sprawnie używa mediów społecznościowych. Jest zresztą prezenterem programu The Word Exposed w katolickiej telewizji i prowadzi nieoficjalne konto na facebooku. Występuję także okazjonalnie w jednym z religijnych programów telewizji śniadaniowej. Taka postawa nie zjednuję mu sympatyków wśród wielu kardynałów, ale jednocześnie daję gwarancje iż w obrazkowym świecie współczesnej kultury popularnej czuję się jak ryba w wodzie i z pewnością dałby sobie radę.

Oto próbka jego umiejętności:








Poza medialnością i facebookiem, za tezą iż wyjątkowo pasuję on do współczesnego świata, najmocniej przemawia fakt iż kardynał Tagle pochodzi z kontynentu XXI wieku, czyli Azji. Azji w której wiara katolicka jest żywa i zdobywa kolejnych wyznawców, co kontrastuję z postchrześcijańską Europą ( a szczególnie jej zachodnią częścią).

W dodatku Filipiny, to najbardziej katolicki kraj Azji, gdzie wiara ta jest już mocno ugruntowana, a katolicyzm utrwalony i silnie zakorzeniony. Nie jestem – przyznaję to bez bicia- specjalistą doktryny katolickiej, ale wydaję się iż ryzyko poważnych odstępstw w jego przypadku, byłoby znacznie niższe niż w przypadku kardynała z Afryki, gdzie kościół jeszcze chyba do końca nie okrzepł.

Jego wybór, mógłby całkowicie odmienić oblicze tego najważniejszego dzisiaj kontynentu. Kontynentu najszybciej rozwijającego się gospodarczo, z szybko powiększającą się klasą średnią, ale także najwięcej wydającego na zbrojenia i targanego waśniami narodowymi, o jakich w Europie zapomniano i jakie pewnie trudno współczesnym Europejczykom sobie wyobrazić.

Azjatycki kardynał, miałby olbrzymią szansę znaleźć wspólny język i tym samym wpłynąć na sytuację w zmieniających się Chinach. Przeglądając jego życiorys nie zauważyłem w nim chińskich akcentów, prawdopodobnie nie jest on pochodzenia chińskiego, jak wielu przedstawicieli filipińskiej elity.

Mimo to, w Chinach, gdzie społeczeństwo po wielu „izmach” ( w tym ostatnio konsumpcjonizmie i nacjonalizmie) dochodzi do wielu nawróceń, a sam rząd próbuje budować harmonijne społeczeństwo, choć jednocześnie obawia się utraty władzy, chaosu i destabilizacji, azjatycki kardynał może lepiej zrozumieć te dylematy, niż ktoś z Zachodu. W dodatku jako Azjata i przedstawiciel kraju który podobnie jak Chiny padł ofiarą kolonizacji, z pewnością rozumie niuanse kultury azjatyckiej, tamtejszych uwarunkowań, obaw i lęków. I dzięki temu miałby dużo większe szanse zostać zaakceptowany. Znacznie większe niż papież pochodzący z kontynentów dawnych kolonizatorów. A to mogłoby doprowadzić do tego co było wielkim marzeniem Jana Pawła II czyli pierwszej pielgrzymki papieskiej do Państwa Środka…

Gdyby po słowach Habemus Papa, na balkonie Bazyliki Św Piotra pojawil się kardynał Luis Antonio Tagle, Azjaci otrzymaliby potężny impuls. Byłby to sygnał iż Kościół jest rzeczywiście powszechny. Że także Azjata może zasiąść na Piotrowym Tronie, a wiara katolicka, jest rzeczywiście uniwersalna, a nie jest tylko elementem kultury europejskiej, czy zachodniej (w której zresztą jest stopniowo odsuwana na margines). W Azji tymczasem kościół osiągnął już znaczącą pozycje w Korei, Wietnamie, nie mówiąc o Filipinach i nadal rośnie w siłę. Po wyborze Azjaty na papieża, katolicyzm, a nawet całe chrześcijaństwo przestałoby być utożsamiane w Azji, jako religia obca, religia cywilizacji zachodniej, w której niezależnie od upadku i kryzysu wiary papież musi być Włochem, ewentualnie Hiszpanem, Niemcem, czy Francuzem.

Papież Azjata- zmieniłby także spojrzenie na Azję w Polsce. Z pewnością elit katolickich i konserwatywnych, ale być może także dominujących w Polsce elit liberalnych, które być dzięki temu także uzyskałyby perspektywę bardziej globalną, a polska debata publiczna miałaby szansę wyjść poza bliską zagranicę, UE i Stany Zjednoczone ( o ile w ogóle debata na tematy międzynarodowe w Polsce przetrwa).

Gdyby konklawe rozpatrywać w kategoriach zwykłej kampanii wyborczej, to papież Azjata, nie ma prawa się zdarzyć. W kolegium kardynałów Europejczycy mają ponad 60 głosów ( w tym sami Włosi 28) na 115.

Ale jak mówią katolicy papieża wybiera Duch Święty i w tym cała nadzieja, że w świecie rosnącej roli Azji, sprawi nam on niespodziankę i trafi nam się pacyficzny papież.

To byłaby fantastyczna sprawa gdybyśmy już wkrótce po słowach „Habemus Papae Cardinale Aloysius Antonius Tagle ” na balkonie bazyliki św Piotra ujrzeli arcybiskupa Manili, pierwszego Azjatę na Piotrowym Tronie.

Z pewnością byłaby to znakomita odpowiedź na zmiany jakie zaszły w świecie. Niewykluczone także , że papież Azjata zmieniłby oblicze globu. Tego globu.
Trwa ładowanie komentarzy...