O autorze
Urodziłem się w Roku Smoka. W 1999 roku, życie zaprowadziło mnie za Wielki Mur, gdzie przyjąłem chińskie imie Le Fa Xing ( czyli wzrastający w szczęsciu, taka chińska wersja Radosława) i studiowałem na Uniwersytecie Sun Jat Sena w Kantonie i Uniwersytecie Pekińskim, a także pracowałem jeszcze w czasach gdy Chiny były wytwórcą tanich towarów i fabryką świata. Po długim pobycie W Państwie Środka, wróciłem do Polski, ale tym razem to Chin poszły moim śladem i przychodzą do nas, więc wygląda na to, że już się nie rozstaniemy :) Obecnie buduję mosty, między Polską, a najszybciej rozwijającym się regionem świata, jestem szefem Centrum Studiów Polska-Azja, think tanku zajmującego się sprawami Azji i współtwórcą popularnego portalu internetowego www.polska-azja.pl. W wolnych chwilach gram w piłkę na pozycji napastnika, bo w życiu, jak w futbolu nie ma nic piękniejszego niż zdobywanie bramek. Mądrość starożytnych Chin i zasady mistrza sztuki wojny SunZi, mogą się przydać nawet w tej dziedzinie. Oto rada dla wszystkich napastników: Jeśli możesz udawaj, że nie możesz; jeśli dasz znać, że chcesz wykonać jakiś ruch, nie wykonuj go; jeśli jesteś blisko, udawaj, żeś daleko (...). Uderzaj, gdy nie jest przygotowany; zjawiaj się tam, gdzie się tego nie spodziewa. Na tym blogu, w luźnej formie o tym jak zmieniają się Azja i Chiny i jak zmieniają przy tym świat i Polskę.

3 powody dla których Amerykanie będą woleli chronić Azjatów przed Chinami, a nie Śr. Europejczyków przed Rosjanami

New York Times
Ze względu na wydarzenia na Ukrainie, zeszłotygodniowa wizyta prezydenta Barrack Obama w Azji, nie była w Polsce szeroko komentowana. Trochę szkoda, bowiem wizyta amerykańskiego prezydenta, którego uważamy w Polsce, za gwaranta bezpieczeństwa, w Japonii, Korei Pd, Malezji i Filipinach, nie da się, w czasach globalizacji Pax Americana oddzielić od sytuacji na Ukrainie. Od tego jak bardzo USA będą zaangażowane w Pacyfik i tamtejszy region świata, zależy to w jakim stopniu USA będą się angażować w rozwój sytuacji na Ukrainie, czy ewentualnie w Polsce.

W ostatnich tygodniach właśnie ze względu na Ukrainę, gdzie jednak dość często pojawiała się kwestia chińska ( choć same Chiny nie zajmują w tej sprawie wyraźnego stanowiska) odbyłem wiele ciekawych spotkań. Wielokrotnie także pojawiłem się w mediach, zresztą nie tylko ja, ale także wielu innych ekspertów CSPA: promujący „Historię Birmy”, Michał Lubina, oraz mówiący o perspektywie japońskiej i południowokoreańskiej Mariusz Dąbrowski i Oskar Pietrewicz.




Zdumiało mnie iż wielu komentatorów i ekspertów, których nierzadko bardzo cenię za błyskotliwe analizy dotyczące polityki krajowej czy europejskiej, kwestionowało amerykański zwrot ku Azji- tkzw American pivot to Asia.

Jedni zdawali się go w ogóle nie zauważać, inni twierdzili że w obliczu agresji Rosji na Krym jest już nieaktualny, jeszcze inni bagatelizowali jego znaczenie.

Istotnie, z efektywnym zadeklarowanym zwrotem ku Azji, są pewne trudności- Syria, Bliski Wschód, teraz Ukraina. Nie zmienia to jednak faktu iż „zwrot” postępuję. I azjatycka wizyta Obamy jest jego pełnym potwierdzeniem.

Przypomnijmy choćby 6 punktów z artykułu H.Clinton opublikowanego w 2011 roku w Foreign Policy: wzmacnianie relacji bilateralnych dot. bezpieczeństwa, pogłębianie współpracy z rosnącymi potęgami ( Chiny), zaangażowanie w regionalne i multilateralne inicjatywy, promocja amerykańskiego handlu i inwestycji w regionie, utrzymywanie i powiększanie obecności wojskowej, promocja praw człowieka i demokracji.

Jeśli spojrzymy na to co robił Obama w Azji, to będzie to niemal dokładnie realizacja punktów Clinton.

Po pierwsze, starał się zrównoważyć wpływy Chin, być może najważniejszego kraju z punktu widzenia całej wizyty, chociaż niewizytowanego. Obama we wszystkich azjatyckich stolicach, mówił bowiem mniej więcej to co w Tokyo – podkreślał, że Chiny muszą przestrzegać międzynarodowych norm i reguł.

Po drugie, gospodarka. Prezydent promował „Trans-Pacific Partnership” [Partnerstwo Transpacyficzne] – regionalną organizację multilateralną, co prawda o charkaterze gospodarczym, ale co ważne wykluczającą Chiny. Obama zapewniał przy tym sojuszników, zwłaszcza Japonię, że USA są obecne w regionie ( „Ameryka jest i będzie krajem Pacyfiku”). Promował też współpracę ekonomiczną. Choć republikańska opozycja oskarżała go, iż robi to wyłącznie pod publiczkę i dla amerykańskiego biznesu ( czyt.promocji amerykańskiego eksportu) nic konkretnego z tego nie wyniknie.

Po trzecie, podniesienie morale stacjonujących wojsk, poprzez wizyty w bazach i spotkania z żołnierzami ( co daje wyraźny sygnał iż w przyszłości mogą być potrzebni). Niepokojący może być naturalnie także fakt, iż Amerykanie zredukowali budżet obronny o ok. 7 %. Należy jednak pamiętać, że w najmniejszym stopniu ta redukcja osłabi ich na Dalekim Wschodzie. Ewidentnie widać, natomiast, że będzie im bardzo trudno grać na dwa fronty ( tj. w Europie i w Azji, nie mówiąc o Bliskim Wschodzie, czy innych regionach świata).

Po czwarte, wizerunek. Wyrażenie współczucia wobec ofiar katastrof- zatoniętego statku w Korei, ofiar zeszłorocznego tajfunu na Filipinach, czy deklarowana pomoc w odnalezieniu zagubionego samolotu Malaysian Airlines.

Po piąte, przełomowa wizyta w Malezji, która została wyśmiana przez Joshua Kurlantzika jako bezsensowna. Zdaniem tego wpływowego komentatora Malezja nie nadaję się do TPP, nie chcę się reformować, w dodatku łamie prawa człowieka, np. wtrącając do więzienia lidera opozycji pod pretekstem… sodomii. Tyle tylko, że w czasach „zwrotu” pozyskanie sojusznika w regionie, czy nawet zapewnienie sobie jego życzliwej neutralności mogą być na wagę złota.

Amerykanie już dokonali rewolucyjnej zmiany w swojej polityce wobec Birmy, która po kilkudziesięciu latach izolacji, niebezpiecznie zbliżyła się do Chin i postanowiła tą tendencję odwrócić, otwierając się na USA i Zachód ( świetnie opisuję to w swojej najnowszej książce „Historia Birmy” dr Michał Lubina).

Niedawno wszak doszło do pierwszej w historii wizyty prezydenta USA w Birmie, a w Malezji do pierwszej od lat 50-ciu. Wygląda więc na to że tak jak uznano że nie można się obrażać na Birmę ( bo jedynie zbliża to ten kraj do Chin, czy nawet uzależnia od niego), tak samo uznano iż trzeba zaakceptować również Malezję taką jaką jest, przymykając oczy na pewne „niedostatki”, co w przyszłości być może pozwoli pozyskać życzliwość tego kraju w kluczowym dla USA regionie ( kluczowym bo sąsiadującym z Chinami- być może strategicznym rywalem USA w XXI wieku)

Po szóste, wiele mówi się o problemach wewnętrznych Chin, ale jak się okazuję mają je także Amerykanie. W listopadzie zeszłego roku nie pojawili się na szczycie państw azjatyckich w Jakarcie, bowiem doszło do zamknięcia rządu ( goverment shutdown), co było znaczącym, symbolicznym i niepokojącym gestem dla tych Azjatów, którzy boja się Chin i wyczekują amerykańskiego zaangażowania.
Zapewne między innymi z tych powodów Obama stara się zaktywizować swoich azjatyckich sojuszników. Wezwał do „usprawnienia komunikacji” między Japonią i Koreą gdzie stacjonują amerykańskie wojska, a których wciąż dzielą historyczne animozje. Plany te starają się pokrzyżować Chiny mocno promując politykę historyczną, przypominającą zbrodnie II WŚ, co trafia na bardzo podatny grunt w Korei i w zasadzie uniemożliwia porozumienie z Japonią. W czasie wizyty w Niemczech, prezydent Xi Jinping chciał nawet odwiedził Holocaust Memorial, ale nie zgodziła się na to Angela Merkel.

Patrząc na całą sprawę z perspektywy polskiej, nie należy wpadać w panikę. Z pewnością nie mamy do czynienia ze „scenariuszem dezintegracyjnym” (nazwa pochodzi z Białej Księgi opublikowanej przez BBN). Przypomnijmy iż w scenariuszu dezintegracyjnym Unia Europejska, do której dziesięciolecie przystąpienia teraz hucznie świętujemy, miałaby stać się areną bezwzględnej walki o narodowe interesy, całkowicie wykluczającej jakąkolwiek wspólnotowość, a globalna pozycja USA ulec poważnemu osłabieniu, zarówno w wyniku problemów wewnętrznych tego kraju, jak i wzrostu innych potęg w tym przede wszystkim Chin. W tym najbardziej pesymistycznym scenariuszu, w kwestii bezpieczeństwa Polska byłaby zdana wyłącznie na siebie.

Jednak jak na razie nic takiego się nie dzieję. Ameryka gwarant naszego bezpieczeństwa nadal jest hegemonem. Zdradza jednak nie tyle oznaki zmęczenia, co oznaki coraz większego zainteresowania Pacyfikiem. Może to oznaczać, iż jeśli pivot będzie postępował, a Pacyfik stanie się absolutnym priorytetem ( właściwie już dziś nim jest) to w perspektywie dekady, czy dwóch USA może nie być w stanie zbytnio się zaangażować w wydarzenia w Europie Centralnej.

Powody dla których Amerykanie, będą bardziej chcieli współpracować i chronić Azjatów przed Chinami, a nie Środkowych Europejczyków przed Rosją, są co najmniej trzy:

Pierwszy powód jest taki, że Rosja, nawet jeśli utrzyma status mocarstwa, to będzie mocarstwem wagi średniej, które nigdy nie będzie w stanie zagrozić hegemonii Ameryki. Jeśli zaś Chiny uporają się z problemami wewnętrznymi to ich potencjał, skazuję je wręcz na rywalizację z USA. Nic dziwnego zatem, że Amerykanie wolą pilnować Chińczyków, a nie Rosjan.
Ci pierwsi mogą realnie zagrozić Ameryce, a Ci drudzy i tak nigdy nie będą w stanie. Tym samym dla Waszyngtonu krajem dużo istotniejszym od Polski, bo mogącym zbalansować wpływ Chin, staję się nie tylko Japonia, ale chyba nawet Malezja, czy Birma.

Nie mówiąc już o tym, i to powód drugi, że pomimo swojej awanturniczej polityki, takim istotnym dla Waszyngtonu kraje, pozostaję Rosja. Jako mocarstwo wagi średniej, może być w XXI wieku języczkiem u wagi. Jeśli dojdzie do rywalizacji amerykańsko-chińskiej i będzie się ona zaostrzać, od tego kogo poprze Rosja może wiele zależeć. Dlatego zapewne Władimir Putin zdecydował się zająć Kreml, bo doskonale wie, że Zachód czy USA nie są zdolne do efektywnych sankcji, a te które są ogłaszane, są (słusznie) wyśmiewane przez Siergieja Ławrowa. USA mogą jeszcze Rosji potrzebować. Oczywiście potrzebować w Azji, a nie w Europie.

Wreszcie trzeci powód, o którym się często zapomina, lub praktycznie nigdy nie wspomina. A jest nim coraz liczniejsza, bogatsza i dynamicznie rozwijająca się azjatycka klasa średnia. Myśląc o amerykańskim eksporcie i inwestycjach nie sposób nie zauważyć, że Azja jest dużo atrakcyjniejsza, a jej konsumenci, mają znacznie zasobniejsze portfele. Są liczniejsi od Środkowych Europejczyków, kupią więcej, co gorsza klasa średnia tych krajów będzie coraz liczniejsza i coraz bogatsza. Siła nabywcza naszych „lemingów” za bardzo nie wzrośnie, samych lemingów również zbyt wielu już nie przybędzie. Podczas gdy w Azji „miasteczka Wilanów” czy „ronda lemingów” wyrastają jak grzyby po deszczu. Współczesna Azja to wręcz „wylęgarnia lemingów”. A leming, czy to polski, czy azjatycki pragnie tego samego: konsumpcji i dobrej jakości życia. A te z kolei mogą zapewnić amerykańskie firmy i koncerny, które aż przebierają nogami, by zaopatrywać azjatyckich konsumentów w odpowiednie produkty, gadżety, czy usługi, kasując za to niemałe pieniądze.

W czasie transmitowanej przez CNN konferencji prezydentów Barracka Obamy i Begnino Aquino jr w Manili, filipińscy dziennikarze zadawali te same pytania, które zadajemy w Polsce: Czy USA się zaangażują i co zrobią by ich obronić? Na te same pytania, padały dokładnie te same odpowiedzi, prawdopodobnie te same które padną 4 czerwca podczas wizyty Barracka Obamy w Polsce.

Mimo tych deklaracji, wydaję się że to jednak Azjaci mają mocniejsze argumenty przemawiające za tym by Ameryka angażowała się raczej na Pacyfiku niż na Ukrainie, czy w Europie Środkowej.
Sytuacja na Pacyfiku, ma również ogromne znaczenie dla naszego bezpieczeństwa. Nie tylko Ukraina. Warto o tym pamiętać oglądając 2 maja, w Święto Flagi Państwowej, relację z Słowiańska.

Podobny tekst opublikowałem w internetowym tygodniku Nowa Konfederacja.

Autor: Radosław Pyffel

E-mail: radek.pyffel@polska-azja.pl

Radosław Pyffel/ chiń 瑞德兴/ Rui De Xing - Prezes Centrum Studiów Polska Azja, ekspert d/s polityki międzynarodowej, konsultant ds. rynku chińskiego, a także przedstawiciel handlowy firm polskich w Chinach i autor szkoleń z zakresu chińskiego biznesu. Autor kilku książek o Chinach ( m in: “Chiny w roku Olimpiady” i Chińska ruletka, Olimpiada i co dalej? i na zlecenie projektu Go China „Jak osiągnąć sukces w Chinach?”) i ponad stu artykułów w polskiej prasie poświęconych Chinom i Azji. Częsty komentator wydarzeń azjatyckich w polskich mediach. Obecnie prowadzi zajęcia z chińskiego biznesu na kilku uczelniach wyższych, a także kilka projektów na terenie Chin. Posługuje się językiem chińskim.
Trwa ładowanie komentarzy...